Opinia o Train the trainer - Konie Trenerami | HorseSense

Cenna perspektywa i wrażenia trudne do opisania słowami

Przymierzam się i przymierzam do zdania relacji z magicznego weekendu, który spędziłam w Puszczy Bolimowskiej na warsztatach Train the Trainer w ośrodku HorseSense u Agaty Wiatrowskiej. Nie jest łatwo opisać tyle wrażeń, tym bardziej, że relacja fotograficzna w tym wypadku nie wystarczy i muszę coś z siebie wykrztusić. Także przeżyciami nie jestem w stanie podzielić się do końca, bo były zbyt intymne. Jak wielu z Was wie, od jakiegoś czasu staram się połączyć pracę zawodową z pasją. Stąd kurs hipoterapii, przygotowania koni do hipoterapii, a teraz warsztaty facylitacji. Myślę, że moja koncepcja pracy na przyszłość właśnie się domyka. Pracy nadal w duchu pomocy moim pacjentom, ale przy pomocy moich partnerów, nauczycieli i poniekąd terapeutów – KONI.

Jechałam na ten warsztat z przygodami, przystankami, ale postanowiłam, że dotrę, choć do końca nie wiedziałam, czego się spodziewać. Pierwszy dzień był dla mnie dość trudny. Musiałam przewalczyć nawyki pracy z koniem, przewalczyć swoja chęć do interpretacji, komentarzy, czyli po prostu zamknąć japę, siąść na dupie i słuchać……. koni. Do pracy wybrałam konia, o którym myślałam, że wszyscy go wybiorą, wszak taki piękny andaluz, taki jurny, taki bardzo przypominający Malfika (a podobno niezły cykor). Szaman. Od razu ukradł moje serduszko. I o dziwo – tylko moje 😀 Pomyślałby kto, że prowadzenie konia na placu może dostarczyć tyle emocji. A może, o ile zejdziemy z konia zwierzęcia, z którym mamy do czynienia na co dzień, a potraktujemy go jako symbol, archetyp, katalizator. Wieczór był dziwny. Nie wiedziałam, czy mam czytać, ćwiczyć jogę, rozmawiać, dzielić się wrażeniami z przyjaciółmi na messengerze…. w każdym razie poszłam spać późno, bo zrobiłam wszystko naraz.

Na drugi dzień byłam na nogach już o 6 rano, a o 8.20 było już po zdjęciach koni, po jodze na trawie, śniadaniu i właśnie zasiadałam z kawą w ogrodzie patrząc na konie. Drugi dzień przyniósł o wiele większe zrozumienie istoty warsztatów i całego procesu. Także kolejności ćwiczeń. A co najważniejsze – zrozumienia co to znaczy koń trener (nie, nie wbiegają kadrylem i nie tłumaczą pod drzewkiem istoty rzeczy). Ujęło mnie to, że facylitator nie jest osobą narzucającą interpretacje, mówiącą jak jest (jak np. w terapii bywa, a nie powinno). Jest raczej kimś w rodzaju strażnika, uważającego by nikt nie ucierpiał, a wyniósł jak najwięcej dla siebie. W terapii czasem używa się kart, czasem figurek, a czasem można poprosić konia o rolę niespotykaną – rolę symbolu, tego, czego chyba wszyscy końscy ludzie doświadczyli w dzieciństwie. Dla nie końskich ludzi ten symbol może być jeszcze bardziej wyraźny. Złotogrzywek z ruskiej bajki, Cienistogrzywy z Władcy Pierścieni, Mustang z Dzikiej Doliny, Silver Brumby, Black Beauty czy wreszcie The Last Unicorn.

Koń jest lustrem emocji, liczne badania wskazują, że dostosowuje parametry fizjologiczne do człowieka, inne badania pokazują, że z całych sił próbuje się komunikować, dopóki ludzie nie zamordują tego w nim. Nie powiem, że jest to nowa droga, która przewala mi świat koni do góry nogami, ale na pewno jest to inna, cenna perspektywa, którą mogę wykorzystać w pracy zawodowej, a także w we własnym doświadczaniu. Nie sądzę bym opisała wszystko co istotne. Nie da się. Bardzo dziękuję Agacie i koleżankom, które uczestniczyły w warsztacie, za ten weekend. Dziękuję też Szamanowi, Nadziei, Anyżowi i Fregacie. C.D.N.